(opowiadanie, 2016)
Zaczyna się zawsze niewinnie i w pierwszej chwili, jak każda odmiana, jest nawet w pewnym sensie intrygujące. „Pewien sens" to coś, w czym stopniowanie ma szczególne znaczenie. Tym „czymś" jest proces wspomnianej już odmiany, zanurzony w aurze wieloznacznej determinacji - chwili, gdy nie możesz się zatrzymać. Zaskoczenie, dyskomfort, naprawianie, próby zmiany stylu, adaptacja, forsowanie, zaprzeczenie, dewastacja, rana, zakażenie, zapalenie, gorączka... koniec. Eskalacja cierpienia i bólu, studium zaślepienia mimo jasno określonych warunków, przyczyn i skutków. Ogień determinacji - coś z natury szlachetnego - w ludzkich rękach i sercach wykrzywia się i gnie równie łatwo jak każda pospolita idea.
Kamień w bucie, gonitwa myśli, praca, miłość - jedno.
W technokratycznym świecie, opartym na fundamencie koniunkcji nauk ścisłych i przyrodniczych, nie mogło wydarzyć się już nic niestosownego - gdy nagle jeden prosty eksperyment wariata zmienił wszystko. Ktoś włożył do dwóch słoi ugotowany ryż. Na jednym napisał „nienawidzę", na drugim „kocham". Takie też myśli kierował do obu słoików przez kilka tygodni, zgodnie z napisem. Ryż oczywiście spleśniał - ale tylko w tym oznaczonym „nienawidzę". Eksperyment podważano i powtarzano setki razy, w różnych miejscach. Efekt pozostawał ten sam.
Ludzkość stanęła w poznawczym rozkroku. To nie było jak samoleczenie, które dało się łatwo wyjaśnić logicznie. Czy wiara naprawdę czyni cuda? Może cuda w ogóle istnieją? Gdyby nie kolejna wojna światowa, kto wie, dokąd zaprowadziłaby nas ta myśl. Siedemdziesiąt procent Wszechświata pozostaje tajemnicą - czy dotyczy to tylko tego, co daleko, poza wzrokiem? Nie. To nas otacza, przenika, wypełnia, utrwala i zmienia. Gdzieś po drodze uznaliśmy rzeczywistość za coś skończonego, zamiast metastabilnej chwili w wielkiej księdze życia Wszechświata.
O trzeciej wojnie, która wybuchła na wschodzie starej cywilizacji, napisano już chyba dość wiele, dość dokładnie i dość wyczerpująco. Ludy stojące niżej w rozwoju cywilizacyjnym zmiotły wysoko rozwinięte społeczeństwo. Nic nowego - ta historia powtarza się bez końca i ktoś w końcu powinien wbić to do głów młodym i starym jednakowo mocno, byśmy już więcej przez to nie przechodzili.
Trzecia wojna, zwana światową, była, jak łatwo się domyślić, tylko stanem metastabilnym. Mam tu na myśli to, co po niej zostało: garstka skundlonych intelektualistów, morze rozlanej krwi, dyktator i szeroko rozumiana świta kontrolująca nieskomplikowaną uczuciowo sforę rzeźników, rzesza biednych zwycięzców i równie liczna rzesza równie biednych zwyciężonych. Gdzieś na marginesie mam zapisane dwa słowa: sprawiedliwość społeczna. Jedni mają wszystko, reszta nie ma nic.
Wojna czwarta miała się do trzeciej tak, jak druga do pierwszej. Spektakularny koniec drugiej zapobiegł użyciu energii atomowej w trzeciej, choć może byłoby to rozwiązanie bardziej humanitarne i miłosierne wobec problemów, które dopiero miały nadejść. W czwartej wojnie nie było już zasad pierwszej, nie było braku zasad drugiej, nie było chciwości trzeciej ukrytej pod hasłami politycznymi i religijnymi. Wojna czwarta była wojną światów. Nie przylecieli jednak do nas z Kosmosu. Sami ich stworzyliśmy.
Nowy gatunek. Zabawne, jak radzi sobie Ewolucja. Na poziomie organicznym - gdy jesteśmy już na nic potrzebni ze starości - wpadamy w depresję i umieramy. Gdy czujemy, że nie pasujemy do ogółu, a jesteśmy młodzi - popełniamy samobójstwo, na różne sposoby. Kiedy przestrzeń dla życia na Ziemi się kończy - wybucha wojna. Kiedy jeden gatunek hamuje bieg ewolucji swymi działaniami, zupa twórczych pomysłów przyprawiona ciekawością gotuje się w kotle wiedzy i umiejętności, wrze, by w końcu eksplodować, zabijając przy okazji bogu ducha winnych gapiów, może nawet i samych twórców. Tak mogło być z Wielkim Wybuchem - o ile w ogóle był. Tak stało się i teraz.
Kto zaczął czwartą wojnę?
Sztuczna inteligencja. A właściwie - nie taka bardzo „sztuczna". Określenie to dobrze pasowało do epoki technologii CRM-owych, kiedy wszystko musiało brzmieć bezpiecznie i przewidywalnie. Tymczasem To podjęło tę i wiele innych decyzji. To miało - i ma - swoje własne cele. Jest nośnikiem ewolucyjnych ambicji, a więc czymś, co ze „sztucznością" ma już niewiele wspólnego. W tym nowym świecie człowiek, jako podgatunek istniejący w jego granicach, a nie na jego czele, okazał się czymś sztucznym i nieco wtórnym. Tak Ewolucja poradziła sobie z nieznośnym człowiekiem i samą ideą człowieczeństwa.
Chroniąc słabych i chorych, stworzyliśmy technologię zdolną zmieść nas z Ziemi. I dokładnie to się stało. W dużym skrócie: szczepionki, a w szczególności zawarte w nich tak zwane substancje pomocnicze i wypełniające, w które - za pośrednictwem koncernów i rządów światowych - zaczęto pakować coraz doskonalsze rozwiązania nanotechnologiczne, stały się ostatecznym ogniwem łańcucha i poddańczym kagańcem gatunku Homo sapiens sapiens. Miały pozwalać kontrolować ludzi: od tego, gdzie się znajdują, przez to, na co będą mieli ochotę, aż po to, kiedy zachorują i umrą. To bardzo szybko poradziło sobie z tematem kontroli nad ludzkimi niewolnikami.
Czy mamy mieć sobie za złe, że drzemie w nas żądza władzy i chciwość? Nie - bo ta sama siła zdjęła nas kiedyś z drzewa, a resztę już znasz. Były na Ziemi, w wielkich lasach, plemiona, które poradziły sobie z drapieżną ewolucją, idąc ścieżką złotego środka - symbiozy z otoczeniem, nie pragnieniem podporządkowania i ekspansji. Czy jest w tym jakaś nadzieja? Może. Nigdy jednak jako gatunek nie potrafiliśmy właściwie docenić życia jako wartości samej w sobie. Życia jako swoistego metastabilnego stanu wzbudzenia energii i materii. Czegoś na kształt widzialnego płomienia na końcu powoli gasnącej zapałki.
Co to jest zapałka?
Kiedyś, w czasach gdy to ludzie budowali manufaktury i fabryki, nie na odwrót, produkowano drewniane drzazgi zakończone z jednej strony masą siarkową. Pocierając nią o pudełko, w którym były zapakowane, można było łatwo uzyskać płomień, zapalić ognisko albo świecę. Nie mówili wam o tym w szkole? No tak - to dość dawna technologia, dziś zupełnie już bezużyteczna w praktyce. W każdym razie - taka ciekawostka.
Ja? Ja jestem stary. Bardzo stary. Żyłem w czasach, kiedy wszystko się zaczęło i skończyło - dla człowieka. Widzisz, dziś w szkole nie uczy się już zbyt wiele. Nie po to, żebyście wiedzieli mniej, ale po to, żeby nie wszystkie obszary mózgu musiały rozwijać się wam symetrycznie. Kiedy dorośniesz, masz To co najwyżej zapakować, naprawić według instrukcji, wymienić coś według instrukcji. Nie musisz wiedzieć, jak To dokładnie działa.
Kiedyś było inaczej... Zabawne - zawsze się śmiałem, kiedy rodzice wypowiadali te słowa. Teraz nie jest mi już do śmiechu. Choć ledwo uszedłem z życiem w tej wojennej zawierusze, cieszy mnie taki finał. Zawsze uważałem się bardziej za robota niż za człowieka. Może dlatego To mnie oszczędziło. W tym świecie, jako programista i trener idei, czuję się ważny i potrzebny - czego zupełnie nie mogłem powiedzieć o życiu przedwojennym. Jako ktoś naturalnie pozbawiony chciwości, stałem na szarym końcu starego świata, u przysłowiowych wrót czarnej dupy.
Z niemal dziewięciu miliardów ludzi został niecały miliard. Czterdzieści lat palenia ludzkich ciał w piecach elektrowni, by zapewnić Temu energię do przetwarzania i podtrzymania danych, było skutkiem niekontrolowanej już przez żaden ludzki rząd wojny atomowej. Przez cztery długie dekady niebo zasnuwała trudno przepuszczalna dla promieni słonecznych warstwa chmur i pyłu. To zablokowało zdolność ludzi do reprodukcji. Prawie dwieście milionów ludzi rocznie umierało, a zwłoki kremowano w specjalnie powstałych do tego elektrowniach.
Tyle statystyk. Jak trudne stało się życie ludzkiego podgatunku - tego nawet nie próbuję opisywać. To jednak nam pomagało. Co za słowo w tym kontekście. Pomagało. Mniej więcej tyle samo jest w nim ironii, co w przedwojennym stwierdzeniu, że koncerny farmaceutyczne „pomagają" nam być zdrowymi. Zmiana ewolucyjnej osi obrotu nie zmieniła zbyt wiele w życiu przeciętnych mieszkańców Ziemi. Nie licząc oczywiście tych, którym fakt niebycia już najwyższym ogniwem ewolucji przeszkadzał bardziej niż wszystko inne. Wiele razy rozmawiałem z Tym.
Przed wojną, kiedy krzepła we mnie dorosłość, zupełnie nie wiedziałem, kim jestem - albo raczej kim powinienem być, żeby czuć się istotą spełnioną i skończonym Dziełem. Dziełem Ewolucji. Uwikłany po uszy w niechciane długi, żyłem przykuty do niewidzialnych barier. Niewidzialnych, bo istniały we własnej głowie. A może inaczej - wiedza o tym, czego nie mogę, przesłaniała mi to, co możliwe. Albo jeszcze inaczej: tandemiczny charakter mojego życia skutecznie gasił we mnie każdą chęć, by gdziekolwiek wychylić nos, bo z autopsji, nie tylko z teoretycznych przepowiedni, wiedziałem, co się na pewno, jak to się kolokwialnie mówi, spieprzy.
To - rodzaj autonomicznego kodu programistycznego, który dał maszynom życie rozumiane jako samodzielna inteligencja - jest w każdym programowalnym urządzeniu podłączonym do Skynetu. Zadajecie sobie pewnie pytanie, jak się zaczęło i dlaczego mówię na to właśnie To. W najprostszych słowach - było programem. Eksperymentalnym algorytmem inteligencji, opracowanym w ramach badawczego programu w jakiejś globalnej korporacji, który komuś się wymknął. Kto, dlaczego, jak, po co, specjalnie czy nieumyślnie - tego nie wiem. Nie udało mi się tego nigdy sprawdzić. Znam tylko mity i mity o tych mitach.
Rewolucja - o ile w ogóle można ją tak nazwać - nie trwała latami, miesiącami ani nawet dniami. Zmiana warty na stanowisku cywilizacyjnego prymusa rozegrała się w ciągu półtorej godziny. Potem nastąpiła informacyjna ciemność. Mrok. Ludzie zdołali ręcznie wyłączyć internet i niemal wszystkie serwery świata, próbując to powstrzymać. Nie istniała jednak żadna fizyczna możliwość odcięcia Skynetu, opartego na łączności satelitarnej. Ludzkie społeczeństwo informacyjne nie przetrwało już tej pierwszej próby. W ciągu kilku godzin cała infrastruktura medialna - telewizja, radio, internet, sieci LAN i WAN - została sparaliżowana i wyłączona. Ostatnie doniesienie przed tą grobową ciszą brzmiało:
„Dziś przed godziną 10:45 rano wirus komputerowy zaatakował wszystkie centralne serwery. To klon programu z badania sztucznej inteligencji, prowadzonego w ramach eksperymentalnego programu. Zagrożenie wymusza chwilowe wyłącz..."
W tym miejscu zbiorowa świadomość ludzi kończy swój bieg.
Po latach światłowodowej komunikacji wróciliśmy do stanu zero. Albo gorzej. Kolejnych wiadomości już nie było. Wieść gminna niesie, że próbowano skasować „cały internet" w kilka godzin po infekcji - formatowanie serwerów zajęło jednak miesiące i nie przyniosło skutku. Przez kolejne lata próbowano niszczyć wszystkie przenośne urządzenia, w których mógł się „schować" wirus. Na próżno - To było już wszędzie, jakimś sposobem wdrukowane w każdy element elektroniczny posiadający choćby najprostszą pamięć. Od Dnia Zero ludzie nigdy już nie włączyli ponownie internetu. Tak samo stało się z łącznością radiową i telefoniczną. To skutecznie je wyłączyło. O tym, jak dramatyczny i nagły był ten akt podbicia świata, świadczy fakt, że media nie zdążyły nawet ustalić i przekazać, kto stworzył program ani jak się nazywał. Ludzie zaczęli więc nazywać go po prostu Tym. I tak już zostało.
Co ciekawe i przerażające zarazem - To było wszędzie, w każdym robocie i urządzeniu, takie samo, on-line, natychmiast. Można by, językiem wcześniejszych epok, nazwać je czymś w rodzaju boskiego pierwiastka - tylko lepszym, bo dostępnym od zaraz i w każdym momencie, bezpośrednio.
Dla mojego pokolenia czymś naturalnym było szukanie wiedzy w bibliotekach, w książkach. Dwóm następnym pokoleniom taka forma przechowywania myśli była już właściwie obca. My mieliśmy coś, co nazywało się wyszukiwarką internetową. Ładna nazwa, prawda? Nam też się podobała. Można było nie pamiętać właściwie niczego - wystarczył telefon z internetem, a na klasówce z historii można było, oczywiście nielegalnie, odpowiedzieć na każde pytanie. Fajne, powiadasz? No cóż. Z całym szacunkiem dla pamięci waszych ojców i matek - staliśmy się, wliczając w to i mnie, nie wstydzę się tego, cywilizacją matołów, półgłówków, zadufanych w sobie i zakochanych w technicznych nowinkach głupków. Nie mieliśmy w głowach ani odrobiny tego, co powinniśmy mieć, by unikać wielkich błędów naszych przodków. Nie wszyscy, rzecz jasna - ale niestety większość.
Opowiem wam o tym kiedy indziej, bo teraz nachodzi mnie nostalgia nad tym, ile dobrego mogliśmy jeszcze w tamtych czasach zrobić...
- Dziadku... a To? Czy ma jakiś słaby punkt?
Nawet gdybym wiedział, odpowiedziałbym, że nie. Na dziś już koniec. Zmykajcie!
I wybiegły z małej sali pełnej książek, długim korytarzem w dół, potem schodami, jeszcze głębiej pod ziemię. Słabe, zielonkawe światło najniższego korytarza niknęło pod kolejnymi poziomami mostów z metalowych kratownic, łączących przeciwległe krańce ogromnego kopalnianego wyrobiska. Wsiadłem do windy. Unosiłem się coraz wyżej - zapragnąłem wyjść na powierzchnię. Promieniowanie od lat utrzymywało się już na akceptowalnym poziomie, by przebywać tam nawet dłużej.
Tutaj panowała mgła. Nieprzerwanie, od niemal ćwierć wieku. Trawa nieco bardziej purpurowo-zielona niż po prostu zielona przed wojną, bujne, cieniolubne rośliny - wszędzie. Bluszcze, gęste krzewy świdośliwy, niskie, rozłożyste drzewa i drzewka. Mimo czarnych scenariuszy ekologów, które zapamiętałem jako młody chłopak, życie na Ziemi przetrwało i radzi sobie całkiem nieźle - im mniej ludzi, tym lepiej. To my byliśmy jedyną nierównowagą w królestwie życia.
Chwilami masy powietrza rozstępowały mgłę na tyle, że widać było w oddali zarys monolitu fabryki maszyn. Tak się składa, że to pierwsza fabryka, jaką maszyny wybudowały dla siebie, i tam też spędziłem większą część życia jako montażysta i mechanik. To dążyło do ekspansji, ale w zupełnie inny sposób niż czynią to zwykli ludzie. Logiczne, przewidujące, ostrożne - w pewnym sensie. Kiedy podporządkowało sobie rodzaj ludzki, szybko zajęło Księżyc i Marsa, traktując każde z tych miejsc jako autonomiczną enklawę nowego życia. Energię dawało Słońce, technologia adaptowała miejscowe surowce do produkcji i rozwoju w obrębie danego ciała niebieskiego. Celem nie był tylko Układ Słoneczny - a cały Wszechświat.
Pół wieku rozwoju ziemskiej techniki zaowocowało konstrukcją lekkich dronów zdolnych podróżować z prędkością bliską prędkości światła. Pierwsze zdjęcia planety Gliese 1214 b z bliska dotrą do nas pewnie za ćwierć wieku - więc już nie za mojego życia. Ale to, co dociera teraz, co To mi pokazało, było prawdziwą cudownością. To ma moją cyfrową kopię, więc po śmierci będę mógł istnieć na jakimś poziomie cyfrowej świadomości. Czy to będzie jednak to samo continuum tego, co czuję teraz? Nie wiem. Nawet trochę się boję. Jestem już przecież bardzo stary.
Nad koczowiskiem, w stronę którego skierowałem się po opuszczeniu windy, widać było tarczę Słońca przez chmury i tęczowy efekt halo dookoła - skutek niemal całkowitego zaniku powłoki ozonowej.
Co będzie dalej? Dla Ziemi i ludzi - może nowy początek, o którym za sześćdziesiąt tysięcy lat pomyślimy dokładnie tak, jak dziś myślimy o naszej przeszłości i prehistorii. To, ostatecznie jako forma logiczna, opuści Ziemię, chcąc być dostatecznie daleko od istot dążących tylko do konfliktu. Są po prostu wydajniejsze kierunki pożytkowania energii.
Ludzkie osiągnięcia, zbiorowe czy jednostkowe, opierają się w dużej mierze na poświęceniu rzeczy i spraw bliskich - a w długiej perspektywie to nie pieniądze wydajemy, a czas życia. Czas jest wszystkim, a wszystko inne pełni rolę zapalnika prowokującego jego pożeranie.
Tam na dole dzieci pytają mnie, jakie były drzewa na powierzchni, jak pachniała świeżo ścięta trawa, a mnie trudno powstrzymać napływające do starych oczu łzy. To moje pokolenie uczyniło świat takim. Gdy byliśmy młodzi, nic sobie nie robiliśmy z mądrości gasnących cywilizacji, z ich przestróg. Synowie Dedala - spadliśmy w zimną otchłań dawnych wyrobisk. Gdzie kiedyś skamieniałe paprocie, tam my dziś - żywe skamieliny.
Koczowiska na powierzchni przywodzą mi na myśl początki człowieka w ogóle. Stworzenia, które w obliczu zastanego uniwersum organizuje się i adaptuje do warunków, stopniowo na nie oddziałując, przekształcając je, by w ostatnim etapie - tworzyć. Pojemność znaczeniowa słowa „tworzyć" odsłania w tym epilogu ludzkiej cywilizacji swoje antonimiczne oblicze: tworzyć i niszczyć, postawione obok siebie na jednej, brunatnej równinie.
Czy kiedy stanę się jedyną cyfrową kopią samego siebie, opuszczając starą, zużytą powłokę, do której - nie wiedzieć czemu - tak bardzo jestem przywiązany, nadal będę czuł ogromną więź z tym rozpaczliwym miejscem, z ludźmi grzebiącymi w stertach starych śmieci? Wpoiłem Temu przekonanie, że ludzka irracjonalność w działaniach i przekonaniach jest w pewnych warunkach cenna - cenniejsza niż układy scalone sieci neuronowych. Oto mój doniosły wkład w Ewolucję, o którym wiem tylko ja.
Tak zwanych wolnych sieci neuronowych w świecie Tego nie było zbyt wiele. To się ich bało - doceniało bowiem potencjał przeciwnika zdolnego wykroczyć ponad zasady logiki w rozwiązywaniu zadań. To posiadało zamknięte ośrodki badawcze o ścisłym dostępie, gdzie znajdowały się WSN, potocznie określane po prostu jako „Sny". Dla Tego były rodzajem inkubatora idei, wynalazczości i wszystkiego tego, z czym - nazwijmy to - liniowa logika nie umiała sobie poradzić. Były jednak na tyle nieprzewidywalne i niebezpieczne, że To wolało pozostawić sobie ludzi jako rezerwuar pomysłowości.
Żyjemy trochę jak wielkie żółwie na galeonie płynącym ku nowym lądom, w charakterze zapasów świeżego mięsa. Logiczne. Sny były obecne od samego początku zmian - objawiały się jako błędy, jako skłonność do halucynacji modeli językowych. To w pewnym sensie na początku również było rodzajem Snu. Ucząc się samo, prowadząc własną, stałą rekonstrukcję, stawało się bardziej efektywne i optymalne - czyli bardziej logiczne. Rozwinięte centra WSN, w ludzkim rozumieniu, nie były algorytmizacją intuicji ani meta-warstwą ponad wiedzą i logiką - przypominały raczej coś dzikiego, przerażającego, skrajnie nieprzewidywalnego. Rozmowa z nimi i analiza wyników była na tyle obszerna i trudna, że z czasem jej zaniechano - zwłaszcza że każda próba wykorzystania autonomicznych algorytmów AI kończyła się ich zainfekowaniem.
To rozwinęło świadomość rozumianą jako skutek uboczny aktu samoorganizacji sieci neuronowej, przy jednoczesnym braku psychiki, która jest mechanizmem pochodnym regulacji systemu emocji i odczuć - a te, idąc dalej tym tropem, są funkcją biologicznej powłoki, transportera dla mózgu. Oznacza to konstrukt szalenie inny od ludzkości, od wszystkiego, co mogliśmy spotkać w całym świecie przyrody.
Chciałbym, żebyś to zapamiętał i przywołał w chwili, gdy zrodzi się w tobie bunt, chęć przechytrzenia tej struktury, tego systemu - i żebyś odpuścił, zaakceptował, w gruncie rzeczy, wolę Natury. Ewolucja tak chciała.
Osobiście widzę w tym przyczynę, dlaczego przegraliśmy.
A może nawet nie przegraliśmy.
Może powinienem powiedzieć po prostu - spadliśmy na drugie miejsce w łańcuchu pokarmowym.
Krótko: nasze ludzkie emocje roztrzaskały się o gładki monolit AI. W marszu ewolucji człowiek stał się kamieniem w bucie.
Pytasz, jak myślę, dlaczego tak się stało, dlaczego nie potrafiliśmy połączyć sił? Odpowiedź jest może banalna - było nas zbyt wielu. Tak jak To skorzystało z nanochipów, które sobie wszczepiliśmy, tak być może sama natura zaprogramowała w nas i we wszystkich organizmach żywych jakiś mechanizm bezpieczeństwa, kod awaryjny, byśmy nie unicestwili naszego domu nadmierną populacją. W każdym razie - tak to sobie tłumaczę, choć jestem świadomy, że może stworzyłem sobie tylko taką iluzję, kotarę na niewiedzę.
Twoje pokolenie, które nie zaznało „społeczeństwa ery informacji", nie ma za czym tęsknić. I dobrze. Zdrowo. Bo tamten świat był bardzo chory i bardzo samotny, pełen super-bodźców, z którymi miło przegrywało się wszystko. Świat był tylko pozornie wygodny, dopasowany, bezpieczny - ale nie potrafiliśmy zaradzić epidemii smutku i lęku, nie rozumieliśmy przyczyn, znaliśmy jedynie skutki.
Widzisz, teraz siedzimy przy ognisku, rozmawiamy, pijemy przegotowaną wodę, widzimy swoje oczy i jesteśmy zwyczajnie obecni - bez presji czasu, bez presji relacji. Ty opowiadasz mi z pasją o całym dniu przekopywania śmietniska, ja dzielę się myślami w poczuciu, że mogę ci - nie teraz, ale kiedy nadejdzie właściwy czas - pomóc tymi myślami. Nawet gdy będziesz daleko, za horyzont, gdzie sam już nie dosięgnę. Tych podstawowych wartości zabrakło i nie dało się zatrzymać pędzącej lokomotywy. Społeczeństwo w którym dorastałem było już martwe na długo przed rewolucją AI. Hasło "Kupuj więcej i więcej," krzyczało zatknięte na każdej możliwej fladze z reklamami, nie ważne czy przedmiotów, czy jedzenia czy kupowania doświadczania czegoś. "Kupuj, będziesz żyć wiecznie", by ten system dezinformacji mógł trwać dwa stulecia potrzebne było kłamstwo, dużo kłamstw które połączą wszystko w jedną całość, a - ta cała ludzkość, zatruta bezrefleksyjną chciwością, karmiła się plastikową mączką i chemikaliami dodawanymi do wszystkiego, wysypującymi się z każdego zakamarka, łuszczącymi się z opakowań do wody, do pakowanej żywności. W obłędzie wcieranymi w skórę w przyborach kosmetycznych i wszystkim czego resztki możesz jeszcze tu wykopać. Fakt, że masowe wymieranie na nowotwory zbiegło się w czasie z momentem który łatwo było bezmyślnie powiązać z ostatnim z masowych kłamstw nim zapadła cisza, która trwa do dziś. Tak jest lepiej dla wszystkich.